Ta zmiana nie była stopniowa. To był cios.
Kiedy Ronaldinho przybył na Camp Nou, powietrze w Barcelonie było gęste od oczekiwania. Klub wydał miliony, ale gablota z trofeami zbierała kurz. Pojawił się brazylijski magik. Nie tylko dołączył do zespołu; podpalił. W ciągu półtora sezonu przekształcił FC Barcelonę z walczących gigantów w niekwestionowanych królów Europy.
Liczby opowiadają historię, w której wydajność spotyka się z chaosem. 98 goli w 207 meczach. To nie są tylko statystyki. To świadczy o zawodniku, który potrafił strzelać z chodnika i pokonywać obronę w finale Ligi Mistrzów. Ale prawdziwą wartością nie była tylko liczba strzelonych bramek. Była w aureoli, którą wokół siebie stworzył.
Pod jego wpływem zespół wygrał La Liga w 2005 roku. W tym samym roku zdobył Superpuchar Hiszpanii. Potem przyszło trofeum główne. W 2006 roku Barcelona wygrała Ligę Mistrzów UEFA. Katalizatorem był Ronaldinho. On był powodem. Zdobył Złotą Piłkę w stroju Barcelony.
Przed Ronaldinho najnowsza historia Barcelony była mieszaniną obietnic i paniki. Po nim? Stało się to podstawą przyszłej dynastii. Sprawił, że klub znów stał się modny. Uczynił ich niebezpiecznymi. Sprawił, że uwierzyli, że są najlepszą drużyną na świecie.
Dlaczego ten konkretny okres jest nadal ważny? Ponieważ udowodnił, że indywidualna doskonałość może zmienić tożsamość klubu. Ronaldinho grał nie tylko dla Barcelony. Przez krótki, genialny moment był Barceloną. W ten sposób na zawsze odmienił losy klubu.
























